O Nas · Redakcja

Trzy lata temu sprzedałem firmę.
Pojechałem do Stambułu na tydzień.

Wróciłem po pół roku, z notesem pełnym przepisów, ludzi i pomysłów. Zrozumiałem, że nie chcę już budować kolejnego startupa. Chcę pisać o tym, co naprawdę mnie kręci: o smakach, o miejscach, i o tych decyzjach, kulinarnych czy biznesowych, które zmieniają człowieka.

Bez pozy, bez korpoligi. Po prostu szczerze.

Rozdział 01 · Przed Stambułem

Dwanaście lat, jedna decyzja, jedna wątpliwość.

Założyłem firmę w dwa tysiące dziesiątym, mając dwadzieścia osiem lat. Zrobiłem to z tych samych powodów, co reszta mojego pokolenia: bo chciałem niezależności, bo nie umiałem pracować dla nikogo innego, i bo wydawało mi się, że jak nie teraz, to nigdy.

Przez dwanaście lat ta sama logika kierowała moimi decyzjami: skalować, optymalizować, zatrudniać, ścinać koszty, znowu skalować. Dwa razy chciałem to zakończyć, raz w trzydziestym czwartym roku życia, raz w trzydziestym ósmym. Za pierwszym razem dał się przekonać wspólnik, za drugim, bankier. Sprzedałem dopiero w trzecim podejściu, w dwa tysiące dwudziestym trzecim.

01 / 04
Rozdział 02 · Tydzień, który stał się półroczem

Stambuł, który nie chciał mnie wypuścić.

Bilet kupiłem na piątek, na powrót w niedzielę. Tydzień miał być nagrodą, jak butelka koniaku po podpisaniu kontraktu. Tak myślałem. Tak myśli każdy, kto pierwszy raz wysiada na lotnisku w Stambule.

Po trzech dniach wynająłem mieszkanie w Tophane, dwa piętra nad warsztatem nargilarni pana Selima, który miał wąsa jak marszałek Piłsudski i cierpliwość świętego. Po dwóch tygodniach kupiłem drugi notes. Po dwóch miesiącach przestałem sprawdzać, kiedy wracam. Po sześciu, pan Selim przestał pytać.

Nie stało się nic dramatycznego. Po prostu nie miałem powodu, żeby wracać szybciej.

02 / 04
Rozdział 03 · Powrót do Polski

Dwa miasta, jedna kawa, jedna niedziela.

Wróciłem w maju. Najpierw do Warszawy, bo tam mam mieszkanie, znajomych i jednego księgowego, którego znam od dziewiętnastu lat. Potem do Radomia, bo tam wciąż mieszkają rodzice i tam wciąż, w bramie przy Limanowskiego, stoi kebab-bar pana Adama, do którego chodzę od dwóch tysięcy dwudziestego.

Pierwsze trzy miesiące spędziłem na pisaniu. Nie do gazety, nie do bloga, nie do nikogo, po prostu do notesu. Codziennie, między ósmą a jedenastą, w tej samej kawiarni przy Mokotowskiej, przy szklance herbaty z cytryną i notatkach robionych długopisem.

03 / 04
Rozdział 04 · Magazyn

Trzy słowa, które się nie zestarzeją.

W listopadzie wróciłem na trzy dni do Stambułu. Wyszedłem rano z mieszkania w Tophane, doszedłem do mostu Galata. Mgła nad Bosforem, jak zawsze. Obok mnie stanął siwy mężczyzna, jakieś sześćdziesiąt pięć lat, twarz człowieka, który czytał książki, i powiedział po angielsku, że codziennie tu przychodzi, od czterdziestu lat.

Spytałem dlaczego. Powiedział: «Bo to jest jedyne miejsce w mieście, gdzie codziennie wygląda inaczej. Trzeba przyjść, żeby się dowiedzieć, jaki dzień będzie.»

Wróciłem do mieszkania, otworzyłem nowy notes i napisałem trzy słowa: Smak. Podróż. Decyzja. Potem dopisałem nazwę magazynu. Jak Państwo widzą, wyszło.

04 / 04

Jak piszemy, dlaczego tak, i czego unikamy.

№ 01

Tylko to, czego sami próbowaliśmy.

Nie piszemy o tym, czego nie zjedliśmy, nie zwiedziliśmy, lub czego nie kupiliśmy. Inne magazyny robią to lepiej.

№ 02

Powoli, z kontekstem.

Lepszy jeden tekst tygodniowo, w którym wszystko jest sprawdzone, niż pięć po godzinę research.

№ 03

Pierwsza osoba liczby mnogiej.

Piszemy w «my» i mówimy «Państwo». To nie pretensja, to szacunek dla czytelnika.

№ 04

Bez sponsoringu, bez reklam.

Magazyn utrzymuje się z własnych środków założyciela. Nikt nam nie dyktuje, o czym pisać.